Robert Mitchum nie tylko zagrał złoczyńcę. On był złoczyńcą. Przynajmniej taki jest dokładnie trwały obraz ekranowy, który stworzył. Urodzony 6 sierpnia 1917 roku w Bridgeport w stanie Connecticut, nosił sarkastyczny, zrelaksowany styl życia, który uczynił go zdecydowanie fatalnym facetem niezwykle uderzającego kina połowy stulecia. Jego życie osobiste było nie mniej skandaliczne niż jego role. Cyniczny. Spokój. Pojedynczy. Ta kombinacja zadziałała. Zmarł w hrabstwie Santa Barbara w Kalifornii 1 lipca 1997 r.
Ale była droga do kina. Mitchum, który porzucił szkołę średnią Haaren High School w Hell’s Kitchen w Nowym Jorku, wyruszył w drogę na początku Wielkiego Kryzysu. To nie było tylko wędrowanie. To była edukacja. Te wrażenia ukształtowały jego obarczony zmęczeniem pogląd na świat. Przez całe życie wykorzystywał tę historię w wywiadach prasowych. Prawdziwa odporność. Prawdziwe zmęczenie.
Ostatecznie wylądował w Long Beach w Kalifornii. Jako pierwsza osiedliła się tam jego siostra Julie. W 1936 roku namówiła go, aby dołączył do niej w miejscowej grupie teatralnej. To nie był wielki plan. To było przetrwanie. A potem – szansa.
Jego kariera filmowa zaczęła się skromnie. Mała rola w westernie Hoppy Serves a Writ (1943) z Hopalongiem Cassidym w roli głównej. Rola była epizodyczna. Prawie niezauważalne. Ale doprowadziło to do innych małych ról. Pojawił się pewien wzór. Zwróciło na niego uwagę RKO Radio Pictures, Inc. Podpisali z nim kontrakt. Samotnik wsiadł do samochodu.
Pochodzenie mitu Mitchum
Dlaczego Mitchum nadal rezonuje? To kontrast. Na ekranie był spokojny. Poza ekranem – chaotycznie. Opinia publiczna uwierzyła w kłamstwo. A może wierzyła w prawdę o jego wyczerpaniu.
Wczesne życie w Nowym Jorku nie przygotowało go na hollywoodzki blask. Przygotowywała się na obojętność. Nie można udawać takiego dystansu. Wynika to z tego, że zbyt szybko zobaczyłem zbyt wiele. Lata depresji usunęły wszelkie pozory. To, co zostało, było surowe.
Kiedy wraz z siostrą dołączył do klubów teatralnych, nie był aktorem. Był pracownikiem. Aktorstwo było pracą. Sposób na uniknięcie wylądowania na ulicy. To praktyczne myślenie przeniknęło do jego gier. Nie okazywał żadnych emocji. Po prostu istniał.
Iskrą była rola w filmie Hopalong Cassidy. Nie ogień, tylko iskra. Ale ona go podpaliła. RKO dostrzegło potencjał. Podpisali to. Maszyna do sławy zaczęła działać.
Budowanie kariery w ciszy
Awans Mitchuma nie był duży. Jego stan był stabilny. Jak powolne spalanie. Nie musiał krzyczeć. Jego milczenie było głośniejsze niż przemówienia większości mężczyzn.
W ten sposób hollywoodzka ikona cynicznego samotnika odcisnęła swoje piętno. Nie z charyzmą. Przez nieobecność.
Co się stanie, gdy widz zorientuje się, że postać jest bardziej realna niż fabuła? Historia znika. Mężczyzna pozostaje. Mitchum intuicyjnie to rozumiał. Wszedł w pustkę.
Kontrakt RKO zmienił wszystko. Nagle włóczęga miał dach nad głową. Wynagrodzenie. Osoba, którą można dopracować. Ale podstawa pozostaje ta sama. Facet z Hell’s Kitchen. Ten, który został wydalony. Ten, który wędrował.
Nigdy nie stracił tej przewagi. Stawała się
Nominacje do Oscarów mogą wprowadzać w błąd. Sygnalizują prestiż. Wskazują, że establishment uznał twoje zasługi. Robert Mitchum otrzymał nominację za Historię kaprala Joe (1945). Grał szlachetnego kapitana. To był dramat wojenny. Film przyzwoity i pełen szacunku.
Ale to właśnie ten Mitchum był przedmiotem zainteresowania ludzi.
Nie pozostał w filmach, które miały pretensje do prestiżu. Nie podążał typową drogą hollywoodzkiego bohatera. Zamiast tego stworzył własną niszę. Ciężkie kino. Projekty niskobudżetowe. Dramaty kryminalne. Obecnie branża nazywa je noir, ale wtedy była to po prostu niebezpieczna praca.
Archetyp cynika
Spójrz na role, które go zdefiniowały. W filmie „Out of the Past” (1947) zagrał prywatnego detektywa. Cyniczny. Twardy. Zmęczony grą, ale nadal w niej. Potem było Zawieszenie (1946). Grał neurotycznego artystę. Nietrwały. Niebezpieczne dla siebie i innych. W filmie „Jego typ kobiety” (1951) zagrał rolę wątpliwego gracza.
Co połączyło te postacie? Zły osąd.
Zrobili jeden zły krok. Potem kolejny. I zanim się zorientujesz, rozpoczynają przygodę, krocząc po cienkiej linii pomiędzy prawą i lewą stroną. Mitchum nie bawił się w bohaterów. Grał ludzi, którzy popełniali błędy i ponosili ich konsekwencje.
Skandal z 1948 r., który przekształcił się w sukces
Prawdziwe życie dogoniło ten obraz w 1948 roku. Mitchum nie grał. Został zatrzymany za posiadanie marihuany. To nie było ukryte aresztowanie. W więzieniu spędził prawie dwa tygodnie.
Konsekwencje prawne były konkretne. Został skazany na dwa lata w zawieszeniu. Po tym czasie rejestr karny został unieważniony. Czysty łupek. Technicznie.
Dla większości gwiazd 1948 roku byłoby to samobójstwem zawodowym. Studia bały się skandali. Chcieli czystych obrazów. Chcieli być wzorami moralnymi. Mitchumowi to nie przeszkadzało.
Poprawiony status rebeliantów
Oto zwrot akcji. Skandal mu nie zaszkodził. Pomógł.
Publiczność nie odwróciła się. Przysunęli się bliżej. Zdarzenie wzbudziło współczucie. Umocnił obraz, który budował na ekranie. Nie bawił się już tylko w buntowników i wyrzutków. Był jednym z nich.
Aresztowanie za marihuanę zmieniło go z kompetentnego aktora w ikonę kultury. To pokazało, że był skłonny złamać zasady. W branży zbudowanej na kontroli i zarządzaniu obrazem taka autentyczność była bezcenna.
Nie musiał już udawać, że jest fajny. Był fajny. Prawdziwy świat testował jego siły. Wrócił. I dzięki temu filmy stały się jeszcze lepsze.
Ale jak długo utrzymuje się reputacja buntownika? Branża się zmienia. Widzowie się zmieniają. Mitchum pozostał wierny swojej roli znacznie dłużej, niż trwał początkowy szok. Nadal kręcił filmy, które wydawały się niebezpieczne. Nawet gdy ich nie było.
Na tym właśnie polega bycie złym facetem. Nigdy nie można naprawdę przejść na emeryturę. Po prostu stajesz się w tym lepszy.
Krytycy nie zawsze postrzegali to w ten sam sposób. Nazywali go śpiącym przystojniakiem. Facet, który właśnie przechodził przez sceny. Ale to zaniedbanie całkowicie mijało się z celem. Mitchum nie musiał krzyczeć. Jego charyzma działała w cieniu. Udoskonalił powściągliwy styl, który w rzeczywistości wydawał się niebezpieczny.
Weź „Noc myśliwego”. Zagrał morderczego kaznodzieję, który kilkadziesiąt lat później nadal wywołuje dreszcze w kościach. Potem było „Niebiosa wiedzą, panie Allison”*. Tutaj był sympatycznym żołnierzem piechoty morskiej. Ten kontrast pokazał szerokość jego talentu. W „Ludzie o zachodzie słońca” z łatwością poradził sobie z rolą australijskiego pasterza owiec. Droga nie zawsze była łatwa. Przyjmował role wymagające wytrzymałości.
Jego wizerunek ciemnej gwiazdy utorował drogę szorstkim antybohaterom, którzy stali się popularni w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych.
Spójrz na Przylądek Strachu. Ta rola samozwańczego przestępcy zdefiniowała pojęcie zagrożenia. Wiele lat później w „Przyjaciele Eddiego Cole’a” przedstawiono go jako starszego drobnego przestępcę. To nie było efektowne. To było surowe. A potem „Do widzenia, kochanie”. Ucieleśniał Philipa Marlowe’a z Raymonda Chandlera. Detektyw z lat 40. XX wieku. Mitchum sprawił, że cynizm wydawał się raczej zasłużony niż udawany.
Dlaczego jest to ważne teraz? Ponieważ zmienił wzór. Przed nim bohaterowie byli często bardziej jednowymiarowi. Heroiczny. Dobry. Mitchum zamazał linie. Utorował drogę złożonym postaciom, które przyszły później. Ci, którzy nie byli ani całkowicie dobrzy, ani całkowicie źli. Po prostu osoba. Z wadami. Niebezpieczny.
Dziś wszędzie widać ten wpływ. W ponurych bohaterach współczesnych thrillerów. W cichej intensywności. Wszystko zaczęło się od niego. Facet, który nie mógł powiedzieć prawie nic, ale doprowadzał cię do napięcia. Udowodnił, że prezencja jest ważniejsza od występu. Czasami. Mniej znaczy więcej.


















